Materialne centrum świata

Materialne centrum świata

BangkokIMG_1637

Ulica Khao San, centrum Bangkoku, godzina 11.00. Nie jest tłoczno. Jak się potem okazało pewnie dlatego, że europejczycy leczą azjatyckiego kaca. Noc wcześniej balowali w klubach i knajpach, tańczyli do rana do najbardziej znanych światowych hitów. Leciała Rihanna, Beyonce, Jay-z, gdzieś indziej słychać było Lady Gagę. Wszystkie kluby przekrzykiwały się nawzajem w hitach chcąc zwabić turytów, którzy przylecieli zobaczyć Azję. Lokalni przedsiębiorcy bardzo się dla nich starali. Wysyłali na pokuszenie piękne Azjatki,  które w rzeczywistości były mężczyznami. Rozstawili mnóstwo straganów, na których można było kupić wszystkie cuda świata, oczywiście w „special price for you my friend!”. Można też było zobaczyć waginalnego ping ponga i jeść robaki. Tylko 20 bahtów za opakowanie skorpionów. Psikanie sosem sojowym gratis. I to wszystko dla turystów! Żeby dobrze wspominali swój pobyt w Tajlandii.

 

IMG_1640

IMG_1641

IMG_1647

IMG_1675

IMG_1676

Rano nic nie wskazywało na to, że Khao San nocą udaje Europę, a Europejczycy, którzy korzystają z lokalnych atrakcji udają, że są w Azji. Kiedy się o tym przekonaliśmy na własne oczy i uszy szybko oddaliliśmy się od centrum. Nawet kierowcy tuk tuków nie robili na nas wrażenia.  Zaczęliśmy jeździć lokalnymi autobusami jak najdalej od materialnego centrum świata. Jak najdalej od miejsca, w którym miejscowych nie obchodzi Twoje życie, ani to kim jesteś tylko, to ile masz kasy w portfelu i ile im zostawisz.

Im dalej od zadeptanych miejsc tym spokojniej. Im dalej od zadeptanych miejsc tym przyjemniej. Im dalej od zadeptanych  miejsc tym większa szansa na spotkanie miłych życzliwych ludzi, którzy z wielką radością na twarzy powiedzą Ci, że tak naprawdę przeniosłeś się w czasie i jest rok 2557.

Tak, to nie pomyłka. Tam ludzie liczą czas na dwa sposoby. Jeden wyznacza im kalendarz gregoriański, czyli ten, którym posługują się także Polacy; drugi liczy się według Kalendarza Buddyjskiego, który liczy lata od śmierci Buddy. Kiedy u nas był rok 0, tam 543. Mówiąc prościej: dzielą nas 543 lata.

Oczywiście Bangkok to nie tylko ulica Khao San. Miłośników architektury zdecydowanie zadowoli zwiedzanie świątyń, w których można zobaczyć posągowego Buddę w różnych odsłonach. Warto też wybrać się do biznesowej dzielnicy Bangkoku, która zaskakuje swoją nowoczesnością. My zrezygnowaliśmy z przewodnika, daliśmy się ponieść chwili i przypadkowi. Dzięki temu zobaczyliśmy dużo malutkich zakładów z rękodziełami różnej maści: od naczyń przez meble, po części do motocykli.

IMG_1802

IMG_1814

IMG_1815

IMG_1820

IMG_1843

IMG_1849

IMG_1975

IMG_1985

IMG_1987

IMG_2187

IMG_2189

Dużym zaskoczeniem dla nas był też „fryzjer na peronie” na dworcu kolejowym. Było tam całkiem tłoczno. Chętnych było sporo- nie tylko do strzyżenia, ale też strzygących. Na dworcu bałagan, wszędzie poustawiane kartonowe paczki z towarem. Pewnie dlatego, że handel w tamtej części świata odgrywa nie zwykle ważną rolę, nie tylko dla turystów, ale też dla lokalnej społeczności. Mieszkańcy Bangkoku są bardzo pracowici. Widać, że w skupieniu oddają się wykonywanej pracy. Twarze, które mijaliśmy za dnia poruszały. Przede wszystkim dlatego, że było na nich dużo pokory i szacunku do wykonywanej pracy. Nie widziałam wstydu, podziału klasowego na lepszych i gorszych. Praca wyglądała na ważny, wartościowy element życia.

IMG_1701

IMG_1704

IMG_1707

IMG_1708

IMG_1727

IMG_1742

Jedną z większych przygód w trakcie tej wyprawy była wspomniana wcześniej jazda autobusem: nie zawsze łatwo było znaleźć przystanek- często sugerowaliśmy się małymi skupiskami ludzi w jednym miejscu. Nie zawsze też oczywista była zasada, wedle której wyobrażasz sobie, że jeśli w tę stronę wsiadłeś tu, to wracając znajdziesz się mniej więcej w tym samym miejscu. Zdarzało nam się wysiadać w zaskakujących lokalizacjach, co zmuszało nas do spacerowania i odkrywania nowych miejsc. Autobusy dzielą się na przynajmniej dwie kategorie: autobusy bez klimatyzacji, gdzie bilet kosztuje 70 groszy; autobusy z klimatyzacją- bilet kosztuje 1,30. Kupujesz go u „konduktora”, jak już zasiądziesz wygodnie na swoim miejscu. Byliśmy tam egzotyczni. Turyści nie korzystają z tej formy przemieszczania się. Wygodniej jest tuk tukiem, czyli dopasowanym do ichniejszego klimatu odpowiednikiem taksówki. Jazda tuk tukiem nie ma określonej ceny. Trzeba twardo negocjować, żeby nie zostać oszukanym. Najlepiej uzgodnić cenę z kierowcą zanim pojazd ruszy. Dalej może być tylko gorzej.

IMG_1753

IMG_1765

IMG_1780

Mocnym zderzeniem z tajską kulturą były walki MUAY THAI. Kiedy patrzysz na walczące ze sobą „na śmierć i życie” dzieci masz wrażenie, że to nieludzkie, że to podły świat, w którym dzieci są wykorzystywane i robi się im wielką krzywdę. Kiedy jednak przyjrzysz się temu z bliska zdajesz sobie sprawę, że to część ich kultury. Kultury przez wielkie K, bo nie tylko narodowej, ale też moralnej. Tak naprawdę nikt tam na śmierć i życie nie walczy. Jest w tym coś ważnego. Duchowego, powiedziałabym nawet mistycznego. Przed każdą walką czy to są dorośli czy dzieci odbywa się taniec, którym pewnie (tylko tak zakładam) zawodnicy przywołują dobre moce. Później chwila modlitwy z trenerem. Gong. Na ringu doceniana jest pracowitość i waleczność. Zawodnicy podchodzą do siebie z szacunkiem i godnością. Ten sport ich uczy i wychowuje. Mroczną stroną walk zdecydowanie nie są walczące dzieci, ale dorośli kibice, którzy nałogowo obstawiają walki, przepuszczając na nich całe swoje majątki. Dla nich to zdecydowanie walka o śmierć, albo o życie, bo co powiedzą w domu jak znów nie wygrają?

IMG_2215

IMG_2300

IMG_2304

IMG_2342

IMG_2350

IMG_2379

IMG_2400

Jeśli jesteś imprezowiczem i na innym kontynencie nie szukasz czegoś dla Ciebie egzotycznego, to Bangkok jest dla Ciebie. Jeśli lubisz kiedy wszystko się świeci, jest głośno, a lokalesi obłapiają Cię na ulicy to nie wyjedziesz z tego miasta rozczarowany. Jeśli masz dużo kasy i lubisz ją wydawać, to  Tajowie pokochają Cię bezgranicznie. My szukaliśmy mocno lokalnego, codziennego kolorytu. Znaleźliśmy je daleko od centrum. Warto było pójść dalej, bo kiedy spojrzeliśmy na twarze mieszkańców Bangkoku to okazało się, że tych, którzy nie żyją z turystyki łączy bardzo silnie jedna rzecz- POKORA. I to te twarze chciałabym zapamiętać.

5 Comments
  1. Karola – bardzo lubię Cię czytać. Jestem Ciekaw Twoich opowiadań. Niech moc będzie z TOBĄ!

    1. taaaak, pamiętam jak pod koniec 4-dniowego poybtu w Bangkoku zastanawiałam się czy nie straciłam już częściowo słuchu i czy jeszcze kiedyś usłyszę ‚ciszę’ 🙂

  2. Karolino
    super napisane
    fajne zdjęcia

    szacunek dla twojej podróżniczej pasji
    D.

  3. Wow, wonderful blog structure! How long have you been running a blog for?
    you made blogging glance easy. The overall look of your site is
    magnificent, as neatly as the content material!

  4. Dziękuję Ci Karolina za Tajlandię, która nie mieści się w lustrzanej kuli zawieszonej w jakimś Bangkokowym nocnym klubie!
    Z Twojego wpisu też emanuje pokora – pokora podróżnika. Szacun!
    No i z niecierpliwością czekam na więcej Twoich wpisów!

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *